Jadwiga Skórska z domu Wiszowata
DROGA NA SYBIR
Piszę te wspomnienia na prośbę moich dzieci: Urszuli Michalskiej i Grzegorza Skórskiego
Pamięci Stefanii Wiszowatej-Śleszyńskiej
I. Pamiętny dzień 13-go kwietnia 1940 roku
II. Kołchozy Kazachskie na dalekiej Syberii
III. Aleksandrówka – kołchoz rosyjski
IV. Miasto Kokczetaw
V. Luty 1946 roku – upragniony powrót do Polski
I. Pamiętny dzień 13-go kwietnia 1940 roku
Była godzina 6-a rano, niedziela, 13-go kwietnia 1940 r. Spaliśmy jeszcze: mama (lat 33), ja (8), siostra Hela (6) i brat Wacek (5). W kuchni krzątała się Babcia, która przyjechała do nas po zaaresztowaniu przez Rosjan mego ojca Czesława w Pierwsze Święto Wielkanocy – na 2 tygodnie przed 13-tym kwietnia 1940 r.
Babcia weszła do sypialni i powiedziała do mojej mamy: „Wstawaj, bo idą i jadą wozami jacyś żołnierze z karabinami na plecach”. Mama na to: „Proszę im powiedzieć, że jestem chora i nie mogę wstać.”
Prowadzący „bojców” sołtys nie pytając Babci o nic, wszedł do naszej sypialni i zakomunikował: „Wstawajcie, bo pojedziecie!” Bojec dokończył: „K mużu1 ”. Sołtys mówił dalej: „Jeśli będziecie się upierać, to was zwiążemy i siłą zabierzemy!” Mama płacząc zaczęła ubierać się i nas wybudzać. Żołnierze stali i spoglądali. Czasami któryś z nich odezwał się: „Bieri wsio, budiet nużnoje2 ”
Niedługo przybiegł do nas wujek Janek mieszkający w pobliżu i zaczął nas pakować. Załadowano do worków pościel, bieliznę i trochę ubrań.
Bez śniadania zajęliśmy miejsca na furmance i płacząc odjechaliśmy. Pamiętam, że padał śnieg; takie duże płatki spadały na nas…
Wozak (żołnierz) co raz to krzyczał: „Choziajka, odiewaj riebionki!3 ” Mama nie reagowała i tak dojechaliśmy do Łomży (30 km). Podwieziono nas na dworzec kolejowy pod wagony bydlęce. Pamiętam: mrowie wozów, tłumy ludzi, płacz, krzyk, nawoływania znajomych i rodzin, pełno bojców z karabinami, upychających nas do wagonów.
W wagonach po obu stronach były prycze. Część ludzi zajmowała miejsca na dole, część na górze. Okienka były bardzo małe i z zewnątrz zakratowane. Kiedy wagon był „napchany” ludźmi z dziećmi, bojcy zamykali szerokie drzwi na sztaby. Wyjścia już nie było…
Z mojej rodziny w tym transporcie jechała moja Ciocia, Aleksandra Górska, z 5 dzieci (najmłodszy, Józek, miał 2 lata) i Stryjenka, Zofia Wiszowata, z 6 dzieci.
Wewnątrz wagonu nie było ani pieca ani ubikacji. Trzęśliśmy się z zimna i byliśmy zrozpaczeni, nie wiedząc co robić, z braku toalety. Dzieci załatwiały swoje potrzeby na środku wagonu. Odór był nie do opisania. Dopiero kiedy pociąg (bardzo długi) ruszył na „Wschód”, ktoś, jakimś cudem (narzędzi nie było) zrobił dziurę w podłodze i wtedy wszyscy korzystali z „ubikacji”. To było okropne.
Niebawem zbliżyliśmy się do granicy polsko-rosyjskiej. Przetransportowano nas (wśród krzyków żołnierzy: „skariej!”4 ) do pociągu towarowego, sowieckiego, z ubitymi z desek ubikacjami. Pojechaliśmy dalej.
Po godzinie jazdy pociąg zatrzymał się przy jeziorze. Wypędzono nas z wagonów do jeziora „po higienę”. Żołnierze stali i pilnowali nas w obawie, że ktoś może uciec. Obmyci, wsiedliśmy znów do wagonów i pojechaliśmy w nieznane.
Przed Uralem ziemia była szara, kamienista; chyba nic tam nie rosło…
Było bardzo zimno. Na jakimś przystanku do naszego transportu przyszło dużo obdartych dzieci sowieckich. Krzyczały: „Daj kusoczok chliebuszka!5 ” Polki dawały (wyrzucały przez okienka) im kromki suchego chleba, bo z rozpaczy nikt nie miał apetytu. Kiedy to konwojenci zobaczyli, natychmiast zmniejszyli nam porcje żywnościowe, a dzieciarnię „swoją” przepędzili. Już wtedy wiedzieliśmy do jakiego „dobrobytu” nas wiozą.
Karmiąc się tylko chlebem i jakąś wodą podawaną raz dziennie do wagonu, po 2 tygodniach jazdy dniem i nocą dojechaliśmy do miasta Kokczetaw6 . I tu pociąg zakończył swój bieg przejeżdżając około 6 tys. km.
Kiedy to piszę jest 13-go kwietnia 2000 r. W telewizji głośne audycje o zbrodni Katyńskiej. I słusznie, ale o Sybirakach ani słowa. A przecież mija dziś 60. rocznica wywózki Polaków na Syberię. Wielu z nas nie powróciło do ojczyzny. Mój ojciec, Czesław, zginął w łagrach w okolicach Archangielska7 , na dalekiej północy. Moja ciocia Górska zmarła na tyfus, stryjenka Wiszowata z najstarszą córką, Irką, też złożyły tam swoje głowy. I wielu innych znajomych.
II. Kołchozy kazachskie na dalekiej Syberii
W Kokczetawie staliśmy niedługo. Pod zaryglowane wagony zaczęły podjeżdżać ciężarowe samochody. Po dwa do każdego wagonu. Nasz samochód ruszył do Kazachskiego kołchozu Konspaj.
Kołchoz był nieduży. Zabudowania składały się z jakichś pomieszczeń gospodarczych i „ziemlanek” zamieszkałych przez Kazachów i Kirgizów. Na dachach tych „domów” rosły bardzo wysokie różnego rodzaju chwasty. Do wnętrza wchodziło się obniżonym wejściem. Wewnątrz była „pieczka” zbudowana z gliny, w której wypiekało się bliny i gotowało się „kartoszku8 ” w „czuhunach” (żeliwne gary bez uchwytów).
Latem stołówka i kuchnia były na zewnątrz, na stepie. Rolę kuchni spełniał drejfus9 z rozpalonym pod nim paleniskiem. Paliło się „kiziakami”10 zbieranymi na stepie.
Dookoła rozciągały się ogromne połacie stepu z niewielkimi wzniesieniami. Ziemia, to urodzajny czarnoziem stepowy, którego nikomu nie wolno było uprawiać. Kołchozy miały wydzielone obszary zasiane pszenicą. Jeśli lato było deszczowe, zboża obrodziły, to kołchoźnicy mieli chleb. Kiedy natomiast była susza, wszyscy głodowali.
Nie chcieliśmy zejść z samochodu. Płacząc mówiliśmy, że nie możemy mieszkać w ziemlankach, wobec tego zawieziono nas pod szkołę, jedyny budynek drewniany. Spędzono tubylców i rozkazano im, aby rozebrali nas po dwóch dniach do swoich ziemlanek. Trafiliśmy do jakiegoś Kozaka z żoną i dziećmi. Tam nas ugoszczono. Siedzieliśmy na skórach przy stoliku wysokim na 30 cm. Kazach brał „lepioszkę”11 , palcem smarował ją masłem i podawał nam mówiąc: „Kuszaj! Charoszaja12” Do popicia podawał „czaj”13 w miseczkach drewnianych malowanych w kwiaty.
Spaliśmy razem z gospodarzami na podłodze, bo chata składała się z jednego pomieszczenia z małym okienkiem. Zimą w tej lepiance zbudowanej w ziemi i często zasypanej śniegiem było ciepło. Ze względu na kontynentalny klimat w południowym Kazachstanie, latem temperatura przekraczała często +40 stopni, a zimą –40. Do tego dochodziły zimą „burany” – zawieje śnieżne trwające niekiedy po 3 dni. Wtedy nikt nie odważył się wychodzić z domu. Zdarzały się wypadki zasypania i zamrożenia ludzi na śmierć. Kiedyś naszą chatę zasypało i nie mogliśmy wyjść z domu. Było ciemno i mama mówiła: „Leżcie, śpijcie, bo jeszcze jest noc.” Wreszcie sama wstała i próbowała otworzyć drzwi. Bezskutecznie. Zaczęła więc wybierać śnieg po trochu przy wejściu. Ze stopionego śniegu i kaszy ugotowała nam krupnik. Zjedliśmy „pochlopkę” (chuda zupa) i dalej siedzieliśmy w chacie. Dopiero ktoś z innej lepianki przyszedł i nas odkopał. Patrzymy, a tu olbrzymie góry śniegu w całym kołchozie! Dla nas dzieci była to frajda. Zjeżdżaliśmy na nogach i pupach (po buranie nastawała mroźna i słoneczna pogoda).
Głównym naszym pożywieniem była kasza, lebioda (chwast), czasami kawałek lepioszki i trochę mleka kupowanego u „Kazaczychy”. Płaciliśmy bielizną osobistą i pościelową itp.
Mama bardzo rozpaczała, nie mogła spać, wczesnym rankiem chodziła nad rzekę, która tam płynęła i często mówiła do siebie: „Wskoczę i skończę ze sobą!” – ale nie zrobiła tego z obawy o los dzieci. Nie mogąc spać, wcześnie chodziła do Kazaczychy po mleko. Ta, obudzona przystępowała do codziennych czynności higienicznych. Ściągała „rubaszku”14 i przeciągała zębami po szwach, gdzie gromadziły się wszy, wysysała krew, a skórki wypluwała. Na pytanie: „Za czem eto dziełajesz?15 ”, odpowiadała: „Eto maja krow16 ” Nie wiedząc o tym szczepiła się w ten sposób przeciwko tyfusowi plamistemu. (Kazachy nigdy nie chorowali na tę straszna chorobę, którą roznosiła wesz odzieżowa.)
Pierwszą chorobą jaką przeszliśmy był świerzb. Największe rany miała moja siostra, Hela. Mama i inne Polki uprosiły „predsidaciela”17 o „podwod” (wóz na drewniamych kołach) zaprzężony w dwa woły i pojechały do Kokczetawu do doktora.
Doktor, Żyd (z pochodzenia Polak), zbadał przywiezione „przypadki”, serdecznie porozmawiał z kobietami i dał niebieski kamień, z którego według przepisu należało zrobić maść do smarowania ciała. Odzież kazał wyrzucić na step i wypalać na słońcu. Leczenie było skuteczne i odzyskaliśmy zdrowie.
Po 3 miesiącach w Konspaju odnalazła nas siostra mamy i zabrała do siebie do oddalonego o około 30-40 km kołchozu Lenżoł. Drogę odbyliśmy pieszo. Wynajętym wozem jechały tylko nasze tobołki. Idąc stepową drogą napotykaliśmy wygrzewające się w słońcu, leżące w poprzek drogi, żmije (to było straszne!).
Jesteśmy w Lenżole i widzimy: Kazach ciągnie pierzynę, na której siedzi 5 krzyczących dzieci Cioci. Uregulowawszy „czynsz” za ziemlankę, Ciocia odzyskała pierzynę.
W tym nowym kołchozie byliśmy do końca sierpnia 1940 r. Dotychczas nie pracowaliśmy, bo pracy nie było. „Żyjcie jak chcecie, nic nas nie obchodzicie”, mówili miejscowi. Rozeszła się wiadomość, że osoby samotne i z 1-2 dzieci mogą przenieść się do kołchozu rosyjskiego, oddalonego o około 30-40 km, do pracy. Nas to nie dotyczyło (3 i 5 dzieci). Mimo to mama i ciocia postanowiły jechać na „własną rękę”, aby uciec od tych „skośnookich”.
III. Aleksandrówka – kołchoz rosyjski
Do Aleksandrówki przyjechaliśmy nielegalnie, jako ostatni Polacy z Lenżołu. Tu już domy były drewniane i mieszkali sami Rosjanie. Wynajęliśmy „saraj” (duża sień, przez którą wchodziło się do mieszkania składającego się z jednej izby) i rozkładając toboły umieściliśmy się w nim.
Którejś nocy padał duży deszcz i obudziły nas spadające z deszczem z sufitu kawały gliny. Siedzieliśmy po kątach saraju wystraszeni i przemoknięci.
Mama i ciocia poszły do pracy w kołchozie. Chwyciły jakieś pędzle i zaczęły bielić stajnie, sprzątać. W ten sposób stały się „kołchoźnicami” (nikt nie pytał czy mają pozwolenie na pracę i jakim prawem tu się znalazły). Za pracę nie płacono, dawano tylko raz dziennie z kołchozowego gara zupę „lurę”.
We wrześniu dzieci „obowiązkowo” musiały iść do szkoły rosyjskiej. Ja poszłam do drugiej klasy. Na początku nie radziłam sobie z językiem rosyjskim. Na koniec roku szkolnego otrzymałam dość dobre świadectwo, ale aby je odebrać musiałam uzbierać na polu 6 kg pszenicy. Takie były wymagania szkoły. Tego nie zrobiłam. Po wakacjach dano mi świadectwo.
Na zimę przenieśliśmy się z saraju do domku rodziny rosyjskiej. Zamieszkaliśmy (bez rodziny cioci) w „kątku” (łóżko, a na nim „bety”, a pod łóżkiem – torby z kaszą i grochem). Ja codziennie pilnowałam tych naszych zapasów.
Niedługo zaczęły dochodzić do nas paczki żywnościowe z Polski. Paczki z Polski głównie wysyłała nam ciocia Kazia Skrodzka. Dzięki nim zaspokajaliśmy głód. Jak pamiętam, najważniejsze było jedzenie. Głód nie pozwalał nam o niczym innym myśleć. Ciągle chciało się jeść, a tu mama rozkładała ręce i mówiła: „Nie mam nic do jedzenia. Poczekajcie, może coś ugotuję.”
Mieliśmy jedno łóżko, na którym spała mama, siostra i brat. Ja, jako najstarsza, znalazłam miejsce (za pozwoleniem gospodarzy) na „pieczce”. Tam było ciepło; od spodu grzało, a nad głową był już sufit. Za okrycia służyły szmaty. Ściany były w „ciapki” – plamki po roztartych, niemiłosiernie gryzących pluskwach. Gorzej było z pchłami, bo te nie dawały się złapać. Również wszy nieźle „urzędowały” w naszych rzeczach (koszulach i włosach), dlatego włosy mieliśmy ścięte „na zero”.
W Aleksandrówce pozostaliśmy na następny 1941 rok, z tym że wynajęliśmy duży pokój i zamieszkaliśmy z rodziną cioci.
Pokój był zimny, opału brakowało, uzbierany kiziak dawno się skończył. Marzliśmy. Zima była długa i bardzo mroźna (-40 / -50 stopni Celsjusza). Jedzenia też brakowało. Paczki szybko kończyły się. Na szczęście zaczęły do nas dochodzić bagaże (paki po 30-40 kg). Było więcej kaszy, grochu, czasami połeć wędzonej słoninki.
W jednym z bagaży otrzymaliśmy około 50 kg miodu. Była to duża metalowa beczka schowana na wypadek wojny w piwnicy w gospodarstwie wujka Chrzanowskiego (mój ojciec był pszczelarzem). Oprócz miodu w schowku były jeszcze przechowywane kapy, dywany i samodziały tkane przez mamusię. Te rzeczy otrzymaliśmy po powrocie.
Wszystkim cośmy otrzymywali z Polski mama dzieliła się z bagażowym, dlatego żadna paczka ani bagaż nie ginęły.
Kiedy mama otworzyła beczkę z miodem gospodyni-staruszka powiedziała: „Wierno masło połuczyłaś?18 ” A mama jej odpowiedziała: „Choditie poprobujtie19 ” Staruszka podeszła i spróbowała mówiąc: „Eta miod! Kogda ja jeła? Za cara20 ” Powiedziała to cicho w obawie aby nikt z jej rodziny nie słyszał i nie mógł donieść władzom o wypowiadanych przez nią pochwałach cara.
Niedaleko (ok. 10 km) było słone jezioro. Ze względu na gorące lato wyschło i w ten sposób stało się naszym źródłem soli przez następne lata.
Zimą 1942 roku, po porozumieniu władz rosyjskich z amerykańskimi nastąpiło zwalnianie Polaków (mężczyzn) z łagrów. Codziennie nasze matki wychodziły na dworzec do przejeżdżających towarowych pociągów, z których łagiernicy wołali: „Czy taka, a taka rodzina tu zamieszkuje?” W taki to sposób przybył nasz wujek Górski i znajomy mamy, pan Męczkowski, od którego dowiedzieliśmy się, że nasz ojciec, Czesław Wiszowaty, zmarł na czerwonkę. Karmiono ich zgniłymi rybami i podawano do picia śmierdzącą wodę. Mama wpadła w rozpacz, a my uczepieni jej spódnicy też płakaliśmy.
Po paru miesiącach wypuszczeni Polacy musieli iść do wojska organizowanego przez zawiązany tam Związek Patriotów Polskich21. A więc i nasz wujek został wzięty do Armii Polskiej im. Tadeusza Kościuszki22 i w pierwszej bitwie pod Lenino walczył z Niemcami23 . Doszedł do Berlina i wcześniej od nas wrócił do Polski po skończeniu wojny w 1945 roku.
Jeszcze przed poborem wujka do wojska ich rodzina przeniosła się do Kokczetawu, bo tam na elewatorze można było znaleźć pracę. Zaraz po miesiącu pobytu tam, Ciocia zmarła na tyfus. Jej dzieci chorowały też, ale wyzdrowiały.
Wujka nie było, a na mamusi głowie zostało troje swoich dzieci i pięcioro po Cioci. Jakiś czas dojeżdżała do nich, opiekowała się nimi jak tylko mogła (opierała, starała się o pożywienie). Mieszkali oni w ogólnym baraku-stodole wraz z 20 rodzinami polskimi. Zimą barak był pusty, bo tyfus „zabierał” ludzi do szpitala. Stamtąd wracali, albo „szli do ziemi”. Mama bała się tyfusu i z trudem podjęła decyzję wyjazdu do Kokczetawu.
Po porozumieniu rosyjsko-amerykańskim zjawił się w Kokczetawie ksiądz prawosławny. W sąsiednim saraju (chlewie) na naszym osiedlu wysprzątano wnętrze, ustrojono je zielonymi gałązkami, wysłano chodnikami, ustawiono jakieś mebelki (stoliki), zapalono świeczki. Ksiądz zaczął odprawiać prawosławne nabożeństwo. My też poszliśmy tam, staliśmy na dworze, bo wnętrze (niewielkie) zapełnione było ludem rosyjskim. To było ogromne przeżycie. Wszyscy mieli łzy w oczach i radość w sercach. Było to jedyne nabożeństwo publiczne (choć nie nasze, katolickie) w ciągu 6 lat tam przeżytych. Więcej ksiądz się nie zjawił. W mieście była cerkiew, ale służyła za skład amunicji.
IV. Miasto Kokczetaw
Kokczetaw, miasto wojewódzkie, składało się z dwóch części, elewatorskiej i miejskiej z fabryką amunicji. Te dwie części dzieliła duża rzeka, której nazwy nie pamiętam. Zamieszkaliśmy z sierotami Cioci we wspomnianym już ogólnym baraku-stodole przy elewatorze. Każda rodzina mieszkała na swoich „węzełkach” przy poszczególnych ścianach. Ciągłe kłótnie o kolejkę do płyty, o kiziak itp. zatruwały życie.
Przerażała nas zbliżająca się zima. Mama chodziła często do dyrektora elewatora i prosiła: „Dajcie mieszkanie w sąsiednim baraku z jednorodzinnymi mieszkaniami, bo to sieroty, a ojciec w Krasnej Armii”. Te wizyty zaowocowały. Otrzymaliśmy 12-metrowy pokoik z płytą do palenia.
Obok nas mieszkała rodzina Serdeńskich i sporo rodzin rosyjskich. Takie mieszkanie to luksus! Sami w czterech ścianach! Najstarsza córka Cioci, Stefania, pracowała na elewatorze i zawsze przynosiła kilka kilogramów kradzionej pszenicy. Piekliśmy ją na blatach i jedliśmy. Nie głodowaliśmy już tak jak w Aleksandrówce. W porze obiadowej pracownicy mieli prawo do kilku litrów zupy-lury dla siebie i rodziny. Czasami dawano po 10 dkg chleba na członka rodziny.
Paczki i bagaże przestały dochodzić z powodu wojny niemiecko-sowieckiej. Granica była zamknięta. Lata 1942, 1943 i 1944 były bardzo ciężkie. Głód doskwierał. Dlatego wszyscy robotnicy kradli pszenicę. Przynosili ją w ubraniach do domów i rozcierali na żarnach własnej produkcji. Taką mąkę mama sypała na gotującą się wodę i „papka” była gotowa do spożycia. Piekliśmy również lepioszki, ale z mąki kupionej w młynie. Te sprzedawaliśmy wygłodzonym robotnikom z fabryki amunicji po 10 rubli na rynku w mieście.
Około 60 km od Kokczetawu mieszkała Stryjenka z sześciorgiem dzieci. Po śmierci Stryjenki i jej najstarszej córki Irki, mama zabrała do nas pięcioro sierot. Mieszkaliśmy więc już w 14 osób w maleńkim pomieszczeniu. Każda rodzina miała swoje nary, na których spały po 4 osoby („na waleta”). Reszta dzieci spała na podłodze (między innymi i ja). Najstarsze dzieci stryjenki, Hela i Janek, chodzili do pracy na elewatorze. My, młodsze zajmowaliśmy się handlem lepioszkami, zbieraniem opału i utrzymaniem czystości w kuchence. Codziennie myliśmy podłogę, raz na miesiąc bieliliśmy ściany, oczyszczaliśmy głowy i bieliznę z insektów itp.
Latem zbieraliśmy kiziak, chodziliśmy daleko szukając „legowisk” krów kołchozowych. Braliśmy „placki” nawet mokre, przynosiliśmy pod barak i dosuszaliśmy je.
Jesienią predsidatiel ogłosił nabór starszych dzieci do pracy przy wykopkach buraków w oddalonej o 20 km miejscowości. Pojechałam z trzema kuzynkami. Było tam tylko pole buraczane. Kopałyśmy buraki cały dzień. Wieczorem po zjedzeniu kromki chleba kładłyśmy się spać na polu. Do nakrycia dano nam koce o trudnym do określenia kolorze (bure, brudne, porwane). Wieczorem ujrzeliśmy chmary komarów. Zaczęła się walka. Nie pomogły okrycia. Komary gryzły nas niemiłosiernie całą noc. Skazane zostałyśmy na bezsenne noce. Była to gehenna.
Wróciłyśmy po dwóch tygodniach. Przywiozłyśmy po 10 kg ziemniaków, buraków i … malarię wszczepioną przez komara widliszka. Ataki brały nas co drugi lub trzeci dzień. Zaczynały się dreszczami trwającymi około pół godziny. Kiedy temperatura podnosiła się do 39 stopni, dreszcze ustawały i przychodziły poty. Potem wracało się do normy. Ten nieleczony stan trwał przez całą zimę, aż do kwietnia, kiedy załamał się mostek nad rzeką i samochód wiozący pszenicę na elewator wysypał ją do wody. Było to wczesne rano. Rzeka zamieniła się w „basen”, gdzie jedni przez drugich stali zanurzeni po szyję w wodzie i sitami lub garnkami wyciągali zboże z dna. Woda była bardzo zimna. Pierwsze zetknięcie z nią powodowało wstrząs. Bałam się, że już teraz będzie ze mną „koniec” – już się nie wyleczę z malarii. Mama, kiedy zobaczyła nas pływających, zamarła ze zmartwienia. Czekała na finał. Tymczasem minął dzień, dwa, trzy, tydzień, a my nie miałyśmy ani dreszczy, ani temperatury. Tak zostałyśmy wyleczone.
Innym utrapieniem trwającym przez wszystkie lata były myszy. Walka z nimi trwała stale. Wszystkie torby z żywnością były pocięte, dookoła leżała kasza, mąka itp. Czasami lepioszki chowaliśmy pod pierzynę i kiedy sięgało się po nie, to z resztką lepioszka wypłaszaliśmy mysz. Do dziś mam odrazę do tych gryzoni.
Kiedyś w Kokczetawie myszy zaatakowały nas w łóżku. Kiedy Ciocia i Wujek Górscy oraz ich dzieci zdecydowali się wyjechać do Kokczetawu mama odprowadzała ich do pociągu. Był bardzo zimny wieczór. W pokoju zostaliśmy my troje z poproszoną przez mamę do opieki Żydówką (nie pamiętam jej imienia). Siedzieliśmy na żelaznym małym łóżku. Nagle powstał straszny szum. To setki myszy biegały jak „szalone” po podłodze. Baliśmy się zeskoczyć z łóżka, żeby pobiec po kota do Rosjanki mieszkającej obok. Żydówka bała się również. Po jakiejś godzinie myszy nas zaatakowały. Biegały po nas, a jedna wplątała się we włosy naszej opiekunki. Wtedy to Żydówka zeskoczyła na podłogę i wybiegła do gospodyni Rosjanki. Kot sprawił, że nastąpiła cisza (jak po burzy). Przestaliśmy się bać. Spać jednak nie kładliśmy się. Nad ranem mama wróciła i opowiedzieliśmy jej tę historię z myszami. Więcej takiej liczby myszy nie widziałam. Owszem były, ale pojedyncze sztuki.
Zimą wybieraliśmy resztki węgla, czy koksu z „oczyszczeń” po lokomotywie lub miejscu składowania. Wygrzebywaliśmy drobne węgle z ziemi. Niedaleko była Karaganda24 , skąd z kopalń przywożono węgiel i magazynowano go pod gołym niebem przy dworcu. Węgla pilnowała kobieta w kożuchu i walonkach, z karabinem na plecach. Kiedy stróżycha była odwrócona do nas plecami, chwytaliśmy grudę węgla i uciekaliśmy.
Pewnego razu nie zdążyliśmy zbiec i pani stróż złapała nas. Zabrała nam worki i uwięziła nas w ubitej z desek ubikacji. Było nas 5 dziewczynek. Zaczęła nas wypytywać o dane osobowe. Zmyślałyśmy nazwiska w obawie, że doniesie władzom. Gdy przyszła kolej na Danusię, ta wyrecytowała: „Ja nazywajuś Daniela Wiszowata.” (Ona zawsze prawdę mówiła.) Oberwała za tę prawdę od nas potem!
Pamiętam, że jednego razu wybierałam węgiel z zakamarków pod wagonem towarowym. Wagon ruszył, a ja ledwie wyszłam spod jego przednich kół. Tak się przestraszyłam, że więcej tego nie robiłam.
W naszej „gromadce” często wybuchały spory, kłótnie, jak to wśród dzieci. Mama zawsze nas uspokajała i pocieszała: „Niedługo wrócimy do Polski. Tam będzie dużo jedzenia i każdy będzie miał swój pokój, bo w Polsce domy są duże i pożywienia nie brakuje.” Wtedy na jakiś czas następowała cisza.
Nadzieja powrotu do kraju nie opuszczała dorosłych. Ktoś słuchał radia na słuchawki, ktoś inny czytał list. Mówiono, że wojna niedługo się skończy i pojedziemy do siebie. Pierwsze paszporty andersowskie, które nam dano zostały już zabrane (po śmierci generała Sikorskiego). Czekaliśmy na paszporty demokratyczne.
Doszło do porozumienia Stalina z Prezydentem Ameryki Północnej. Związek Radziecki otrzymał pomoc z USA i zaczął odnosić zwycięstwa na frontach.
Nasza sytuacja materialna nieco się poprawiła. Z Ameryki szły transporty z używaną odzieżą i żywnością. Otrzymywaliśmy ubrania, swetry i konserwy żywnościowe. To nas „podreperowało”. Mieliśmy więcej nadziei, że ta gehenna niedługo zbliży się ku końcowi.
Jednego dnia na Syberii byliśmy syci. Ze zmartwienia nie czuliśmy głodu i nic nie jedliśmy. Były to święta Bożego Narodzenia. Mama kupiła pół kg mięsa i zmieszała je z 2 kg chleba. Zrobiła z tego kotlety, które gotowane w garnku, rozpadały się (nie miała tłuszczu do usmażenia). Tego samego dnia po południu miał się odbyć sąd nad Stefanią Górską. Znaleziono przy niej 5 kg pszenicy, kiedy wychodziła z pracy do domu. Miejscem sądu był budynek szkolny. Na sprawie byliśmy wszyscy oprócz Heli i Janka, którzy musieli pracować. Wcześniej Rosjanki-sąsiadki uprzedziły mamę, żeby nie przyznawała się do pokrewieństwa ze Stefanią. Jeśli sąd dowie się, że Stefania jest jedyną opiekunką czwórki rodzeństwa, to otrzyma wyrok uniewinniający, tym bardziej, że „atiec w Krasnoj Armii25 ”. Tak też się stało. Wyrok brzmiał: „2 hoda w zawieszenii26 ” Odetchnęliśmy z ulgą i po powrocie do domu zjedliśmy całą kotletową „mamałygę”.
V. Luty 1946 roku – upragniony powrót do Polski
Nadszedł rok 1946. Otrzymaliśmy paszporty. Czekaliśmy na upragniony wyjazd do Polski. Okazało się, że dzieci Stryjenki nie mają dokumentów na wyjazd i że nie są ujęci na liście. Dopiero interwencja mamusi i Heli spowodowała, że znaleziono ich dane, dopisane do jakiejś kobiety polskiej. Sporządzono nowe dokumenty i byliśmy pewni, że nic już nam nie stanie na drodze do wyjazdu.
Od 1 lutego 1946 r. każdego dnia biegaliśmy na pobliski dworzec, aby sprawdzać czy nie ma podstawionego transportu. Na poczekalni widzieliśmy „kupki” Polaków oczekujących na swoich tłumokach już od 2 miesięcy (w obawie, że z odległych kołchozów nie dotarliby na czas do Kokczetawu). Terminu wyjazdu nie podawano. Nie wiem dlaczego.
Radość ze zbliżającego się powrotu była ogromna. Wreszcie Rosjanki uwierzyły, że w Polsce jest dobrze. Dotychczas były nieufne i mówiły, że kłamaliśmy.
Druga połowa lutego 1946 r. była ciepła, co tu się nie zdarza (zawsze jest ostra zima do marca włącznie). Polacy mówili, że Bóg zabrał mróz, aby ludzie nie pomarzli w podróży. W końcu lutego ujrzeliśmy na bocznych torach długi transport towarowych wagonów. Zapytaliśmy się kolejarzy o przeznaczenie tego składu. Usłyszeliśmy: „Eto dlia Polaczków”27 . Z tą wiadomością uszczęśliwieni wróciliśmy do baraku. Nie czekaliśmy na samochód, który miał nas dowieźć do wagonów. Wzięliśmy tobołki na plecy i za kilka minut byliśmy już w pociągu. W wagonie mieściło się około 18-20 rodzin. Było nam bardzo ciepło, chyba z radości, bo pieca w wagonie nie było.
Następnego dnia transport był załadowany. Drzwi nie ryglowano. Nawet nie zamykaliśmy ich początkowo.
Pociąg ruszył na zachód… Z wagonów rozległ się głośny płacz. To pożegnalne łzy za tych, którzy zostali tu na zawsze. Prawie każda polska rodzina żegnała kogoś ze swoich bliskich. My zostawiliśmy ojca, nie wiadomo gdzie pochowanego, dzieci Cioci – matkę, rodzina Stryjenki – matkę i siostrę.
Pociąg nie śpieszył się, jechał z przeciętna szybkością, przystawał na licznych przystankach, miał dłuższe postoje – a nam śpieszyło się!
Po miesiącu takiej podróży dojechaliśmy do pierwszego polskiego przystanku, w Siedlcach. Drzwi wagonów były pootwierane. Na peronie ujrzeliśmy bardzo dużo dzieci i młodzieży ładnie ubranej w granatowe fartuszki szkolne z białymi kołnierzykami. Na mnie zrobiło to duże wrażenie. Być tak ubranym!
Młodzież z nauczycielami przyniosła wielkie wiklinowe kosze (jak do bielizny) z bułkami i rogalikami. Staliśmy w drzwiach i braliśmy to białe pieczywo podawane nam do ręki. Wszyscy jedli „ile dusza zapragnie”. Było to serdeczne przyjęcie.
Następny przystanek, to Warszawa. Odczepiono od transportu 3 wagony z ludźmi udającymi się do Łomży. Myśmy byli w tej grupie. Wagony przetoczono na boczny tor i… zapomniano o nas. Po 3 dniach nasze matki zbuntowały się, zabrały nas z tobołkami na plecach i udały się do pociągu osobowego jadącego do Ostrołęki.
Tam zajechaliśmy nocą. Wysiedliśmy i czekaliśmy na pociąg do Łomży.
Pamiętam, że znaleźliśmy się w Łomży rano około godz. 10-ej. Zatrzymaliśmy się w budynku PCK (Polskiego Czerwonego Krzyża). Podano nam kocioł zupy czy bigosu – coś gorącego do jedzenia. Apetyt dopisywał wszystkim.
Tuż po południu przyjechał po nas Wujek Górski. Zabrał 14 osób na wóz drabiniasty i pojechaliśmy do jego miejscowości, Biczko koło Jedwabnego. Po drodze Łomżyniacy „oglądali” obdartusów i pytali: „Skąd jedziecie? Dlaczego tyle dzieci pani wiezie? Chyba ma pani ze sobą całe przedszkole rosyjskie?”
W Biczkach, chcąc nas szybko nakarmić, usmażono jajecznicę. Wreszcie byliśmy syci, ale żołądki dały znać o sobie i było dużo biegania za stodołę…
Rano przyjechał po nas mamusi brat, Józef Chrzanowski. Dzieci wujka Górskiego zostały u siebie, a my z dziećmi Stryjenki zabraliśmy się z wujkiem Józkiem do Kubry Starej, skąd mama pochodziła. Tam było serdeczne powitanie z moją Babcią (jeszcze żyła) i dalszą rodziną. Ugotowano kapustę i kartoflę (o czym marzyliśmy wracając do kraju). Jedzeniu nie było końca, no i rozchorowaliśmy się z obżarstwa.
Po 2 dniach pojechaliśmy do Grabowa. To niesamowite wrażenie, zobaczyć swój dom i obejście (budynki były w nienaruszonym stanie). Jedynie brak ojca hamował radość… (Tęsknota za ojcem trwała wiele lat.)
Pięcioro mojego stryjecznego rodzeństwa dotarło do swojego domu w Surałach, odległego o 6 km od Grabowa. Tam powitał ich ojciec.
Moje życie i bezgraniczną opiekę zawdzięczam mojej mamie. Energicznej, troskliwej i bardzo kochanej. Gdyby nie jej starania, troska i pomoc materialna Rodziny z Polski, nigdy byśmy nie wrócili do Ojczyzny.
Piszę te wspomnienia opierając się na przeżyciach własnych, opowiadaniach mamy, częstych dyskusjach z nią już tu w Polsce.
Mamusia żyła 89 lat. Zmarła 4 lata temu (12-07-1996) i jest pochowana na Cmentarzu Katolickim w Grabowie.
Grajewo, lipiec 2000 r.
PRZYPISY:
1 „Do męża”
2 „Zabierz wszystko. Będzie potrzebne„
3 „Gospodyni – ubieraj dzieci!”
4 „szybciej!”
5 „daj kawałek chlebka!”
6 Kokczetaw – miasto na północy Kazachstanu. Założone w 1824 r. jako stanica kozacka. Prawa miejsce uzyskał w 1862 r. W czasie II wojny światowej miasto było miejscem ewakuacji zakładów maszynowych ze środkowej Rosji i rejonem łagrów
7 Archangielsk – miasto w północnej części europejskiej Rosji założone w XVI w. Jeden z głównym portów Rosji. W latach 30. i 40. XX wieku w Archangielsku mieścił się Obóz Pracy Przymusowej „Archangielsk”.
8 ziemniaki
9 rodzaj metalowego trójnoga, na którym stawiano garnek w czasie gotowania
10 wyschnięte łajno krowie
11 placek pszeniczny
12 „Jedz! To smaczne„
13 herbata
14 koszula
15 „Dlaczego to robisz?”
16 „To moja krew!”
17 przewodniczący kołchozu
18 „Dostałaś olej?”
19 „Proszę podejść i spróbować”
20 „To miód! Kiedy ja ostatnio taki jadłam. Za cara”
21 Związek Patriotów Polskich – związek polityczny, organizowany od 1 marca 1943 r. przez komunistów polskich w ZSRR, powołany formalnie na zjeździe założycielskim 9 czerwca 1943 r. Stanowł narzędzie polityki Stalina i ZSRR w sprawie polskiej – przygotowywał warunki do przejęcia władzy przez komunistów w powojennej Polsce. Związek prowadził działalność kulturalno-socjalną i intensywną działalność propagandową wśród ludności polskiej w ZSRR.
22 chodzi zapewne o 1. Polską Dywizję Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Dywizja została sformowana w maju 1943 r. w Sielcach nad Oką w ZSRR, na podstawie postanowienia Państwowego Komitetu Obrony ZSRR. Decyzją Józefa Stalina dowództwo dywizji objął płk dypl. Zygmunt Berling. Nadzór polityczny nad dywizją sprawował Związek Patriotów Polskich. 30 sierpnia 1943 r. dywizja wyruszyła na front i została przegrupowana w okolice wsi Lenino.
23 Bitwa pod Lenino – starcie zbrojne w dniach 12–13 października 1943 r. w pobliżu miasteczka Lenino nad rzeką Miereją na wschodniej Białorusi. W okresie PRL bitwa urosła do rangi symbolu, a jej rocznica (12 października) była obchodzona jako Dzień Wojska Polskiego. W czasie walk Dywizja im. T. Kościuszki wraz z jednostkami wsparcia poniosła bardzo ciężkie straty (510 zabitych, 1776 rannych, a 776 dostało się do niewoli niemieckiej lub zostało uznanych za zaginionych bez wieści – ok. 25% składu osobowego). Walki żołnierzy polskich o Lenino zostały upamiętnione na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie.
24 Karaganda – miasto w środkowo-wschodnim Kazachstanie. Jeden z największych ośrodków wydobycia węgla w czasach ZSRR.
25 ojciec w Armii Czerwonej
26 dwa lata w zawieszeniu
27 „To dla Polaczków„